– O, przyjechałaś – powiedział. Bez zdziwienia, bez radości. Stwierdzenie faktu.
– Przyjechałam z lekami dla mamy.
– Jakie leki? Mówiłem, że załatwię.
Mama milczała. Stała obok torby i patrzyła w bok, na pole za płotem, jakby ta rozmowa jej nie dotyczyła.
– Wojtek, mama dzwoniła, że skończyła się amlodypina.
– No bo skończyła się. Ale miałem jechać do miasteczka w poniedziałek. Co za problem? Cztery dni by wytrzymała.
Cztery dni bez leku na ciśnienie. Dla siedemdziesięcioośmioletniej kobiety. Cztery dni.
Nie powiedziałam tego głośno. Wiedziałam, że Wojtek odpowie, że przesadzam. Że mama dramatyzuje. Że on tu ciężko pracuje, a jeszcze ma pilnować tabletek.
Weszliśmy do kuchni. Dom w środku wyglądał jak dom samotnego mężczyzny – czysto, ale byle jak. Garnek na kuchence, ścierka na oparciu krzesła, radio grające cicho w tle. Na stole leżała gazeta i popielniczka.
– Mama pali? – zapytałam cicho.
– Nie, to moja – Wojtek wzruszył ramionami.
Mama nie znosiła dymu papierosowego. Od lat prosiła ojca, potem Wojtka, żeby palili na dworze. A tu popielniczka na kuchennym stole.
Usiedliśmy we trójkę. Mama nadal milczała. Wojtek pił kawę. Ja szukałam słów.
– Mamo, chcesz jechać do domu? – zapytałam wprost.
– Chcę.
– Ale miała tu być do końca sierpnia – Wojtek postawił kubek. – Tak się umawialiśmy. Ja jej tu jedzenie gotuję, wieczorami siedzimy, ogródek…
– Wojtuś, ty wieczorami siedzisz u sąsiada – mama powiedziała to spokojnie, bez wyrzutu. – Ja siedzę sama.
– No bo Zdzisiek mnie zaprasza, nie będę odmawiał.
– Nie odmówisz Zdziesiowi, ale mi receptę załatwić to nie możesz.
To było pierwsze zdanie, w którym usłyszałam u mamy złość. Cichą, kontrolowaną, wypracowaną latami. Nie podniosła głosu. Nie oskarżała. Stwierdziła fakt.
Wojtek się zaczerwienił. Nie ze złości – ze wstydu. Widziałam to wyraźnie. Zagryzł wargę, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co.
– To ja tu sam jestem cały rok – odezwał się wreszcie. – Sam. Nikt nie przyjeżdża, nikt nie dzwoni. Myślałem, że mama przyjedzie, to będzie normalniej. A mama tylko siedzi i czeka na telefon od ciebie.
Zrozumiałam wtedy coś, czego nie chciałam zrozumieć. Wojtek nie zabrał mamy na wieś, żeby mama odpoczęła. Zabrał ją, żeby sam nie być sam.
Ale nie umiał o to poprosić. Nie umiał powiedzieć – jest mi tu ciężko, jest mi samotnie, potrzebuję kogoś. Zamiast tego zorganizował “wakacje dla mamy”. A kiedy mama okazała się gościem, a nie towarzyszką – zirytował się. Na nią, na siebie, na wszystko.
Mama podniosła się od stołu.
– Lucynko, pomożesz mi zanieść torbę do samochodu?
– Mamo, nie musisz…
– Muszę. Ja tu nie odpoczywam. Ja tu pilnuję, żeby Wojtek nie pomyślał, że jestem niewdzięczna.