Patrzyłam na nią – siedemdziesięcioośmioletnią kobietę, która przez trzy tygodnie udawała, że jej dobrze, żeby nie urazić syna. Która spakowała torbę dzień wcześniej i czekała przy furtce, bo wiedziała, że sama nie zadzwoni po taksówkę na wieś.
Zaniosłam torbę do samochodu. Mama usiadła na przednim siedzeniu i zapięła pas. Dopiero wtedy westchnęła – długo, głęboko, jakby od trzech tygodni wstrzymywała oddech.
Wojtek stał na progu. Nie podszedł, nie pomachał. Trzymał kubek z kawą i patrzył na nas. Wyglądał jak ktoś, kto chciałby przeprosić, ale nie wie za co.
– Zadzwoń do niego w przyszłym tygodniu – powiedziała mama, kiedy wyjechałyśmy na główną drogę. – On nie jest zły. On jest sam.
Jechałyśmy przez pola i mama opowiadała mi, jak Wojtek pierwszy tydzień chodził z nią na spacery, pokazywał ogród, tłumaczył, co gdzie zasadził. Jak w drugim tygodniu zaczął wychodzić wieczorami, wracał późno, rano był niewyspany i poirytowany. Jak w trzecim tygodniu prawie się do niej nie odzywał.
– Nie umiał mi powiedzieć, że chce, żebym została na dłużej, ale inaczej – mama patrzyła przez okno na przejeżdżające wioski. – A ja nie umiałam mu powiedzieć, że chcę do domu.
Trzy tygodnie ciszy. Dwoje bliskich ludzi, którzy siedzą pod jednym dachem i nie potrafią powiedzieć sobie jednego szczerego zdania.
Odwiozłam mamę na Retkinię. Podlałam kwiaty na balkonie – przeżyły, choć ledwo. Mama wzięła lek, zmierzyła ciśnienie, usiadła w swoim fotelu i włączyła telewizor.
– Lucynko, a ty byś mnie wzięła? Na tydzień? – zapytała, nie patrząc na mnie.
Zrobiło mi się ciasno w gardle.