Brat wziął mamę na sierpień na wieś – “niech odpocznie od bloku”. W czwartek mama zadzwoniła z numeru sąsiadki: skończyły się jej leki na ciśnienie, a “Wojtka nie ma jak prosić, bo zły”. Zawiozłam leki w piątek. Mama czekała przy furtce, z torbą

Cisza. Potem mama powiedziała cicho:

– Wojtka nie ma jak prosić. Bo zły.

– Jak to – zły? Na co zły?

– Lucynko, po prostu przywieź mi te leki. Mam jeszcze trochę tego na ciśnienie, na dwa dni starczy. Ale przywieź.

Nie pytałam więcej, bo znałam ten ton. Mama tak mówiła, kiedy nie chciała tłumaczyć. Kiedy wolała przełknąć problem, niż go nazwać.

Pojechałam do jej mieszkania na Retkini po zapasowe opakowania. W szufladzie nocnej szafki leżały dwa blistry amlodypiny i paczka peryndoprylu. Obok recepty, starannie złożone, z datami wypisanymi flamastrem. Mama była zorganizowana – zawsze miała zapas na dwa miesiące. Jeśli leki się skończyły po trzech tygodniach, to znaczy, że zabrała ze sobą tylko na dwa.

Albo ktoś jej powiedział, że na dwa wystarczy.

Wyjechałam z Łodzi w piątek o szóstej. Jechałam przez Piotrków, potem bocznymi drogami przez wioski, gdzie nazwy pamiętałam z dzieciństwa – bo Wojtek kupił dom w okolicy, gdzie nasi rodzice mieli kiedyś znajomych. To nie była rodzinna wieś. To był dom, który Wojtek kupił osiem lat temu za pieniądze ze sprzedaży ojcowej działki.

O tej działce nigdy nie rozmawialiśmy wprost. Ojciec zapisał ją Wojtkowi, mimo że oboje z mężem dokładaliśmy się do jej utrzymania przez lata. Kiedy ojciec umarł, Wojtek sprzedał działkę w trzy miesiące i kupił dom na wsi. Nie zapytał mamy, czy chce tam mieszkać. Nie zapytał mnie, czy mam coś przeciwko.

Przyjechałam przed dziewiątą. Dom stał na końcu żwirowej drogi, za drewnianym płotem, który Wojtek pomalował na zielono. Z daleka wyglądało to ładnie – domek z ogródkiem, malwy pod oknem, jabłoń.

Mama stała przy furtce.

Z torbą.

Nie z tą małą, w której wozi dokumenty do przychodni. Z dużą, granatową, na kółkach – tą samą, z którą pojechała na początku sierpnia. Stała wyprostowana, w letniej bluzce i spódnicy, z twarzą umalowaną tak, jakby jechała do kościoła. Czekała.

– Mamo, co…

– Jedźmy, Lucynko.

– Ale ja przyjechałam przywieźć leki.

– Przywieźć to przywieziesz. Ale ja jadę z tobą.

Zobaczyłam, że torba jest spakowana starannie – nie na szybko. Zamek zaciągnięty, pleciony pasek obwinięty wokół rączki, żeby się nie plątał. Mama spakowała się wcześniej. Może wczoraj wieczorem. Może jeszcze przed telefonem do mnie.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, z domu wyszedł Wojtek. Był w koszulce bez rękawów, z kubkiem kawy w ręce. Nie wyglądał na złego. Wyglądał na zmęczonego