Te same ulice.
Te same niskie domy.
Ten sam krzyk mew.
Ale ja nie byłam taka sama.
I Claire też nie.
Złożyliśmy nasze rzeczy w małym, prostym pokoju nad dyskretnym pensjonatem.
Nic luksusowego.
Łóżko dla każdego z nas.
Dwie filiżanki na stole.
Okno otwarte na skrawek nieba.
Claire odłożyła torbę.
Potem zapytała mnie:
„Więc, pani Mireille, jaki jest plan?”
Zaśmiałam się.
Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio córka zapytała mnie, co chcę robić.
Odpowiedziałam:
„Najpierw chcę napić się kawy z widokiem na port. Bez wstawania trzy razy w nocy”. „
Zrobiliśmy to.
Kawa.
Dwie filiżanki.
Morze przed nami.
Nikogo na kogo patrzeć.
Kogo przebierać.
Kogo pocieszać.
Myślałam, że będę smutna, myśląc o Bernardzie.
Ale nie.
Nie tylko to.
Była w nim jakaś delikatność.
Jakby cieszył się, że tam jestem.
Claire spojrzała na moją dłoń spoczywającą na stole.
„Myślisz o tacie?”
„Tak.”
„Chciałby cię tu zobaczyć.”
Uśmiechnęłam się.
„Najbardziej narzekałby, bo kawiarnia jest za mała.”
Claire wybuchnęła śmiechem.
I w tym śmiechu na nowo odkryłam coś z naszego dawnego życia.
Nie to samo.
Nigdy nie to samo.
Ale nie do końca stracone.